Pamiętacie tą chwilę, kiedy to Zefram Cochrane w roku 2063 osiągnął prędkość warp, zaś niedługo później na Ziemi pojawili się spiczastousi? No cóż, według najnowszych badań okazuje się, że Cochrane osiągając taką prędkość wyparowałby w oka mgnieniu.
Badania nad tą sprawą przeprowadzili naukowcy z magazynu
New Scientist, którzy doszli do wniosku, że każdy przebywający na okręcie choćby zbliżającym się do prędkości światła zmarłby w przeciągu kilku sekund. Problem leży w szczególnej teorii względności Einsteina. Sprowadza się on do tego, iż wg owej teorii przy tej prędkości gaz znajdujący się w przestrzeni międzygwiezdnej zmieniłby się w promień radiacji, który nie tylko odebrałby ludziom życie, ale też zniszczył całą elektronikę.
Mimo, iż gazu tego w przestrzeni nie ma zbyt wiele, wraz ze wzrostem prędkości, zgodnie z ową teorią, przestrzeń zdawałaby się zmniejszać (nie muszę chyba tłumaczyć, na czym polega WARP), a co za tym idzie - z każdą chwilą byłoby więcej cząsteczek uderzających o nasz statek. Naukowcy porównali lot z prędkością nadświetlną do stania w samym środku strumienia Wielkiego Zderzacza Hardonów. Wyliczono bowiem, że maksymalną radiacją, jaką może znieść człowiek jest 6 jednostek, zaś poruszając się w warp wchłonąłby ok. 10 tysięcy jednostek w ciągu sekundy. Niezbyt miła perspektywa, czyż nie?
Naukowcy zapomnieli jednak o jednym malutkim szczególe, który ich teorie odesłałby z powrotem na księżyc. Okręty w uniwersum Star Treka wyposażone były w deflektory odbijające wszelkie cząsteczki sprzed okrętu. Czy zatem prędkość warp na pewno byłaby zabójcza?
Źródło:
Sci Fi Wire